O adoracji

Czy jestem godny?

Jednym z najgłębszych zranień, jakie nosimy w sobie, gdy stajemy przed Eucharystią, jest przekonanie, że nie jesteśmy jej godni. Że okoliczności naszego życia - nasza słabość, nasze upadki, nasza codzienność, w której daleko nam do świętości - wykluczają nas z prawdziwego spotkania z Panem. Nosimy w sobie ciche założenie, że stół Pański jest zastawiony dla ludzi wybitnie pobożnych, dla wielkich mistyków, dla tych, którzy już „doszli”. A jednocześnie - paradoksalnie - w najgłębszej warstwie serca nosimy tęsknotę, której nic nie jest w stanie zagłuszyć: pragnienie zobaczenia Jezusa, dotknięcia Go, bycia przez Niego dotkniętym.

Te dwa doświadczenia - poczucie niegodności i tęsknota za spotkaniem - zderzają się w nas nieustannie. I właśnie w tym zderzeniu Eucharystia objawia swoją najgłębszą prawdę: Jezus w Najświętszym Sakramencie nie czeka, aż staniemy się godni. On pragnie wejść dokładnie w te przestrzenie naszego życia, w których najbardziej siebie odrzucamy.

Pięknie ukazuje to historia Zacheusza. Zacheusz był zwierzchnikiem celników - człowiekiem, który służył rzymskiemu okupantowi i bogacił się kosztem własnych rodaków. W oczach miasta był zdrajcą i grzesznikiem. Nikt go nie lubił. Do tego dochodził jego niski wzrost - fizyczny defekt, przez który inni patrzyli na niego z góry, dosłownie i w przenośni. Zacheusz nosił więc w sobie podwójne odrzucenie: społeczne i to głębsze, wpisane w poczucie własnej wartości. Ewangelia mówi o tym jako o cesze fizycznej, ale można odczytać ją także duchowo. Jak wielu z nas Zacheusz doświadczał własnej małości.

A jednak w tym człowieku było ogromne pragnienie zobaczenia Jezusa. Pragnienie silniejsze niż wstyd, niż lęk przed opinią tłumu. Dlatego Zacheusz robi coś, co świetnie oddaje mechanizm, w jaki sami często wpadamy: wspina się na sykomorę. Wchodzi na wyżyny, bo wierzy, że tylko stamtąd, z góry, z bezpiecznej odległości, zza zasłony liści, wolno mu spojrzeć na Boga.

To niezwykle wymowny obraz życia duchowego. Ile razy również my próbujemy „wspiąć się” do Boga? Chcemy najpierw stać się lepsi, bardziej gorliwi, bardziej uporządkowani. Odkładamy spotkanie z Chrystusem na później, mówiąc sobie: najpierw muszę się zmienić, bardziej modlić, pokonać swoje grzechy, zasłużyć na Jego obecność.

Nasza duchowość łatwo zamienia się wtedy we wspinaczkę. Zaczynamy wierzyć, że Boga można osiągnąć własnym wysiłkiem. Zakładamy duchowe maski, ukrywamy słabości, boimy się stanąć przed Nim tacy, jacy naprawdę jesteśmy. Tymczasem Jezus zatrzymuje się właśnie pod sykomorą. Nie woła Zacheusza dlatego, że ten wspiął się wystarczająco wysoko. Wręcz przeciwnie.

"Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę zatrzymać w twoim domu" (Łk 19,5).

Jezus jakby mówił: Zacheuszu, wcale nie musisz wspinać się na wyżyny swojej duchowości, nie musisz zasługiwać na spotkanie ze mną, nie musisz zakładać masek, ja chcę się spotkać z tobą dokładnie w tym miejscu twojego życia, w którym jesteś dzisiaj, nawet jeśli jest to doświadczenie odrzucenia, mroku, doświadczenie braku wystarczalności. Ja chcę się z tobą spotkać w prawdzie.

To jest logika Eucharystii.

W Eucharystii Chrystus nie czeka, aż człowiek stanie się doskonały. To On pierwszy wychodzi naprzeciw. Nie zatrzymuje się przed drzwiami naszego życia, aż uporządkujemy wszystko, co w nas nieuporządkowane. Przychodzi właśnie po to, aby wejść tam, gdzie najbardziej potrzebujemy Jego obecności. Dlatego Eucharystia nie jest nagrodą dla tych, którzy wspięli się wysoko. Jest pokarmem dla tych, którzy mają odwagę zejść z sykomory własnych złudzeń i pozwolić Jezusowi wejść do swojego domu.

Historia Zacheusza jest historią każdego z nas. Każdy nosi w sobie jakąś sykomorę - miejsce, na które wspina się z lęku przed odrzuceniem. Dla jednych będzie to perfekcjonizm, dla innych religijność budowana na zasługach, dla jeszcze innych maska sukcesu, pobożności czy duchowej siły. Wszystkie te drzewa mają jedną wspólną cechę - oddalają od spotkania w prawdzie.

Chrystus natomiast zawsze zaprasza do spotkania w prawdzie i w miłości. Bo prawdziwa duchowość eucharystyczna nie polega na nieustannym wspinaniu się ku Bogu, lecz na zgodzie, aby Bóg zstąpił do naszej biedy. To właśnie wydarza się podczas każdej Eucharystii.

Bóg nie czeka na człowieka w miejscu jego doskonałości. On zstępuje na ołtarz. Ukrywa swoją chwałę pod prostymi postaciami chleba i wina. Staje się mały, aby nikt nie musiał bać się do Niego zbliżyć. Eucharystia jest więc nieustannym powtarzaniem słów skierowanych do Zacheusza: Zejdź prędko. Nie musisz zasługiwać na Moją obecność. Nie musisz udowadniać Mi swojej wartości. Nie musisz ukrywać swojej słabości. Chcę zamieszkać właśnie w tym miejscu twojego życia, które najbardziej potrzebuje Mojego światła.

Może właśnie dlatego Eucharystia jest najgłębszą odpowiedzią Boga na zło. Nie dlatego, że natychmiast usuwa cierpienie czy wszystkie konsekwencje grzechu, ale dlatego, że wchodzi dokładnie tam, gdzie zło próbowało przekonać człowieka, iż nie jest już godny miłości.